Pieśń Ludów Północy


Z Kroniki Anglosaskiej

 Tego roku nad krajem Northumbrii zawisły groźne zapowiedzi katastrofy, rozścielając
przygnębienie i przerażenie nad jego mieszkańcami. Były to przepastne tafle światła przemierzające
atmosferę, trąby powietrzne oraz płonące żarem smoki przelatujące ponad firmamentem chmur.
Po tych nieokiełznanych symbolach nadszedł głód i niedługo po tym, na szósty dzień przed
Idami Styczniowymi tego samego roku przerażający zagon pogan posiał spustoszenie w kościele Pana
na świętej wyspie. Siga umarła ósmego dnia przed pierwszym dniem Marca.

Din Eidyn , rok 793, Anglia.

Słońce powoli chowało się za horyzont, chmury zyskały czerwony, niemal piekielny wygląd.
Sasi powoli kierowali się do swoich domostw, mimo, że pora była wczesna, jednak zimą wszystkie dni
wydają się krótsze od mrugnięcia oka niewzruszonego upływającym czasem kota. Kot ten, noszący
kłopotliwe imię Zwara, starał się zgarnąć ostatnie promienie kochanka Freyi, lecz z prychnięciem
musiał opuścić swe stanowisko przegoniony przez grupkę dzieci hałaśliwie zmierzających w jego
kierunku.
- Balfour, wracaj do domu! – zakrzyknął Baldric, ojciec jednego z dzieci. Dopiero od
niedawna należał do gwardii strażników, lecz już zdążył nabrać moralizatorskiego tonu. – Już nie czas
na wygłupy, zbliża się noc, a nocą różne niebezpieczeństwa czają się po kątach!
- Tato, przecież potwory nie istnieją! Już jestem na tyle duży, aby wiedzieć, że chcesz mnie
tylko przestraszyć! A gdzie jest Zwara? Chcieliśmy zobaczyć jak poluje na szczury!
- Wracaj do domu, mój synu. – Odpowiedział mężczyzna, wpatrując się w czerwone niebo na
horyzoncie. Minę miał poważną jak nigdy wcześniej. Baldric dostał się do straży dzięki jego
niesamowitym oczom dalekowidza. Teraz oczy te dostrzegały ciemne kształty , które niczym włócznie
wyłaniały się z głębin oceanu. Niepokój, który odmalował się na jego twarzy przeraził chłopca.
Balfour wysłuchał ojca i czym prędzej znalazł się w swoim wyścielonym słomą łóżku. Ojciec jego
wyruszył na dwór księcia Konstantyna, aby złożyć raport. Zwara leniwym krokiem rozpoczął
wędrówkę po ciasnych uliczkach Din Edynu w poszukiwaniu kolacji.

***

Baldric już miał położyć stopę na pierwszym stopniu schodów warowni, gdy usłyszał za sobą
ciche wołanie. Odwrócił się i dostrzegł starszego, wyniszczonego mężczyznę, wyciągającego rękę w
jego kierunku. Baldric podszedł i z niepokojem podjął starca pod rękę, bez zawahania wyciągnął
bukłak z wodą i napoił go. Starzec podziękował mu i szepnął:
- Oni nadchodzą... Weź mnie do waszego władcy... Oni nadchodzą.
- Kto nadchodzi? Co się stało? Kim jesteś?
- Lindis... Lindisfarne zdewastowane, klasztor... ograbiony, a relikwia... a relikwia została
zniszczona. – Starzec ledwo wydobywał z siebie poszczególne sylaby. Baldric wyczuł, że włócznie,
które widział na horyzoncie, czerwone niebo i pojawienie się starca nie są przypadkiem. Zadziałał pod
wpływem impulsu. Wziął starca pod ramię i począł kierować ku szczytowi schodów. Otworzył
ogromne wrota fortecy, dając znać strażnikom, że starzec ma coś ważnego do przekazania królowi.
Jako niski rangą zwiadowca mógł zostać przez nich zatrzymany, miał jednak to szczęście, że strażnicy
wyglądali jakby spożyli odrobinę za dużo miodu.
- Kim jesteś, aby wizytować samego księcia? I kim jest ten starzec? – głos strażnika
wskazywał albo na wiek mutacji głosu, albo na spore stężenie alkoholu we krwi.
- Trzymaj postawę żołnierzu. Jestem generałem armii Northumbrii, a to jest poseł z
Lindisfarne. Nie mam czasu na tłumaczenia. – Strażnicy wyprostowali się i starali zachować
równowagę. W tym stanie nie mogli poznać kłamstwa Baldrica, który razem ze starcem ruszył dalej.
Następne drzwi prowadziły na wielką salę z dwoma stołami po obu stronach, długimi na dwadzieścia
metrów, przystrojonymi świecami i strojnymi obrusami. Na podwyższeniu, na końcu sali ukazał im się
tron, delikatnie inkrustowany srebrem i złotem. Kroki przybyłych rozbrzmiewały w niemal pustej sali,
powolny, świszczący oddech starca wypełniał przestrzeń. Woń palących się świec dominowała nad
zapachem prawie zwiędniętych już bzów. Gdy mężczyźni podeszli na odległość pięciu metrów przed
podwyższeniem, książę, wpatrujący się w przybyłych od momentu ich wejścia do sali, zadał pytanie:
- Kim jest ten starzec i dlaczego go tu sprowadziłeś, Baldricu o Sokolim wzroku? – Książę
znał Baldrica bardzo dobrze, bo jako młodzian często bywał w kuźni aby patrzeć jak powstają miecze.
Tam też bawił się z Baldriciem, mimo srogich zakazów jego ojca.
- Pochodzi z Lindisfarne, o książę Konstantynie. Mówił coś o napaści na klasztor i zniszczeniu
relikwii.
- Podać mu wina na wzmocnienie! – rzekł książę. – Podejdźcie bliżej.
Sługa przyniósł trzy miedziane czary, do których nalano mocnego trunku z winorośli z
północy. Było cierpkie, lecz alkohol pomógł odzyskać trochę sił starcowi.
- Jak cię zwą, starcze?
- Me imię nie jest ważne, ważne jest to, skąd przybywam. Jestem mnichem z klasztoru w
Linidisfarne. Klasztoru, który niemal przestał istnieć. – Mnich spuścił głowę, zdawałoby się,
przepraszającym geście.
- Co masz na myśli, mnichu? – dopytywał się cierpliwie książę. Bezimienny mnich zamyślił
się. Jego twarz przybrała wyraz strachu i cierpienia. Podniósł wzrok a oczy jego były pełne łez, które
jednak nie opuściły jego oczu.

- Przybyli na swoich łodziach od Północy, od bramy Powoźniczej. Wyszło im na spotkanie
kilkunastu z moich braci, lecz żaden z nich nie mógł zrozumieć ich języka. Wkrótce wszyscy zostali
skąpani w czerwonej rzece własnej krwi. Niech odpoczywają w spokoju.
Oczy mnicha stały się matowe, przez co mnich wydawał się być pozbawionym duszy.
- Czy wszyscy nie żyją? A mieszkańcy? – dopytywał, coraz bardziej zniecierpliwiony książę.
Oczy mnicha przybrały blasku.
- Wszyscy. – Szepnął, a z oczu jego popłynęły krople krwi, znacząc się ścieżką na jego
starczych policzkach. Baldric zerwał się ze swego miejsca i przyskoczył do mnicha, ten jednak zaczął
krzyczeć, wijąc się w przypływie szaleństwa:
- To kara boska! Jesteśmy zgubieni! Wszechmogący widząc nasze grzechy zesłał Plagę. Zesłał
śmierć, zesłał... odkupienie. – Po ostatnich słowach mnich zemdlał, utrzymywały go tylko ramiona
Baldrica. Książę zerwał się z tronu i rozkazał:
- Ocucić go i zabrać do komnat gościnnych. Posłać po siostry. – Tak też uczyniono.
- Książę – odezwał się Baldric gdy starca odebrano z jego rąk. – Widziałem statki, statki o
kształcie włóczni, wyłaniające się na horyzoncie. Myślę, że mnich ma rację i oni, kimkolwiek są,
nadchodzą.
Konstantyn przestąpił kilka kroków w stronę ogniska, przystanął i oparł uzbrojone w złocone
rękawice dłonie na biodrach, obrócił głowę w stronę strażnika i rzekł.
- Szykować wojska. Zadąć w róg. Niech Bóg będzie z nami.
Baldric wyszedł za bramę twierdzy. Obrócił wzrok w stronę niknącego już za horyzontem
słońca. Na jego tarczy odbijały się dziesiątki czarnych masztów przedziwnych łodzi – łodzi, których
Baldric wcześniej nie widział. Jego bose stopy ruszyły w kierunku jego domostwa a przeciągły śpiew
rogu towarzyszył mu jako cień śmierci czający się, niczym baśniowy potwór - tuż za rogiem.
Gdy rycerz księcia Konstantyna dotarł do swego domostwa usłyszał wycie rogów innych niż
posiadanych przez kraj Northumbrii. Wycie to dotarło do głębi jego duszy i niemal wygasiło jego wolę
walki. Oszołomiony dotarł do drzwi swego domostwa, a gdy tylko pochwycił skobel otwierający
drzwi, świat na chwilę zgasł w ciemnościach, aby w tej samej sekundzie odrodzić się w srebrzystej
poświecie pełni księżyca.

***

Zwara podróżował ulicami miasta. Nie dbał o trąby i krzyki biegających mieszczan. Szukał
ciszy, a ci wstrętni ludzie, podrasa, krząta się tam i z powrotem po jego świecie. Ahh, gdybym tylko
mógł zabijać, pomyślał Zwara a jego pazury poruszyły się delikatnie w puchatej łapie. Wizja mordu
tak go odurzyła, że zmierzał dalej nie zważając już na nic.

Baldric otworzył drzwi swej chaty gdy pierwsze promienie księżyca dotarły do legowiska
Zwary, wkradając się przez kuchenne okno. Żona Baldrica, Marit, była już na nogach, zbudzona
wyciem trąb i krzykami nawołujących się mieszczan.
- Bal, co się dzieje? Skąd ten popłoch, co to za odgłosy?
- Bierz naszego syna, Marit, i uciekaj. Nadchodzą czarne maszty z północy. – Rzekł, starając
się zachować wszelki spokój, Baldric. - Ja muszę wyjść na przystań i przyjąć pierwsze uderzenie.
Troszcz się o naszego syna, zabierz go do schronu. Kocham Was. – Pocałunek w czoło dopełnił jego
pożegnania z żoną. Marit, pełna lęku zbudziła śpiącego już Balfoura. Razem opuścili chatę, każde
udając się w swoją stronę. Unoszące się w powietrzu gęsie pióro, wyrwane z pierzyny Balfoura,
powoli opadało na podłogę, a wraz z jego upadkiem zginął pierwszy żołnierz Din Eidynu.

Książę Konstantyn, niespodziewający się ataku stał teraz w oknie warowni i uważnie
obserwował zbliżające się statki. Kształtem nie przypominały żadnych ze spotykanych w portach.
Zbliżały się coraz szybciej do piaskowego brzegu Din Eidynu. Konstantyn z niepokojem obserwował
poczynania nieznanego mu ludu, gdyż nie zawahali się oni wpłynąć na mieliznę. Jego wojska czekały
w gotowości na to, aby statki najeźdźców znalazły się w polu rażenia ich strzał. Książę zadrżał na
dźwięk rogu wydobywającego się z największej łodzi. Dźwięk ten mógł oznaczać tylko jedno –
nadejście śmierci.

Komentarze